Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nigella Lawson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nigella Lawson. Pokaż wszystkie posty
środa, 21 grudnia 2011
czekoladowy mus Nigelli
Wróciłam z Berlina. Było super. Staw skokowy nadal skręcony. Gardło zachrypnięte, gorączka. Zmęczona jak husky po wyścigu dookoła Alaski. Więc wyjmuję jeden pucharek z lodówki, ładuję się do łóżka, włączam film i czekam aż ten miesiąc się skończy, bo to nie jest Mój miesiąc.
Ekspresowy mus czekoladowy
3 porcje
75 g marshmallow (mogą być te najtańsze, kolorowe)
25 g masła
125 g dobrej ciemnej czekolady
2 łyżki wrzątku
140 ml kremówki
1. Pianki, masło i czekoladę włóż do garnka. Zalej wrzątkiem. Całość podgrzewaj na małym ogniu aż składniki się rozpuszczą. Mieszaj co jakiś czas.
2. Kremówkę ubij na supersztywną pianę. Wymieszaj z czekoladą. Mus przełóż do pucharków i odstaw do lodówki aby się schłodził. (Ja korzystam z wersji ekspresowej i stawiam na zewnętrznym parapecie na 15 minut. Przy tych temperaturach stygnie błyskawicznie).
3. Aby upewnić się, że dobijasz wątrobę, podawaj mus z bitą śmietaną :-) I uwierz mi, porcja 125 ml przerasta możliwości większości czekoladoholików.
piątek, 7 października 2011
Podwieczorek książkowy z Sophie Dahl i Jamie Oliverem
![]() |
| Jamie Oliver "30 minut w kuchni" już niedługo w księgarniach. Sophie Dahl "Apetyczna panna Dahl" dostępna od ręki! |
Normalnie organizuje się
śniadania prasowe. Ale ja właśnie siedzę w pociagu, więc będę
zajadać rogaliki, które ostały się ze śniadania i przeglądać
moje dwa najnowsze nabytki. „30 minut w kuchni” Jamiego Olivera i
„Apetyczna panna Dahl” Sophie Dahl. Obie dostarczyły mi
niesamowitej radości. Pierwsza dldatego, że pokazuje, iż Jamie to
coś więcnej niż zapita morda, bejsbolówka udawany cockney czyli
mockney (akcent) i jedzenie ze stołówek. Za takiego go do tej pory
miałam. Więc bardzo przyjemnie rozczarował propagując ideę
domowych posiłków, samodzielnego gotowania i oszczędzania czasu.
Bo o tym w skórcie jest ta książka. Dostajesz gotowe menu, więc
nie musisz się zastanawiać, co do czego pasuje, przepis krok po
kroku pomagający przygotować całą kolację, a nie poszczególne
dania oddzielnie i ładne zdjęcia jako gratis. Wystarczy? Wystarczy.
Są przepisy na makarony, ryby, tumsztyki, angielskie pikniki i uczty
z tapas. Większość naprawdę ciekawa i prosta w przygotowaniu.
Jest jeden mankament. Żeby faktycznie przygotować kolację w 30
minut, musisz mieć niezbędne sprzęty i akcesoria, któe Jamie
wymienia na początku książki. Obowiązkowy jest blender, malakser,
mikser, mikrofalówka. Ja mam tylko te dwa ostatnie, więc wszelkie
siekania i rozdrabniania muszę robić ręcznie. Owszem blender mam,
ale idiotka zakupiłam go w Carrefourze, bo był niedrogi (120 zł) i
jest do nieczgo. Więc w efekcie wydam na blender ze 400 zł, bo
następny jaki kupię będzie pożądny, a ten stary pójdzie do
kogoś w dary. A mama mówiła, że mało kogo stać na kupowanie
tanich rzeczy. Czas zapamiętać tę mądrość. Niemniej, jeśli
masz wymagany sprzęcior, albo kuchcika, możesz ze stoperem w dłoni
sprawdzać czas przygotowania całego posiłku. Idealna książka dla
kuchennych laików, bo nie wymaga specjalnych technik, ani doskonałej
organizacji pracy. Wystarczy, że umiesz czytać ze zrozumieniem.
Jeśli zdałeś nową maturę z polskiego, to teoretycznie posiadasz
tę umiejętność.
Z Sophie Dahl mam nieco
większy problem. Bo kiedy obejrzałam jeden z jej programów na
kuchnia.tv, pomyślałam: Ocho, kolejna dziewczynka chce zostać
drugą Nigellą. Bo ci którzy widzieli ten program, muszą przyznać,
że styl ma podobny. Seksbomba w kuchni strzelająca porównaniami i
oczami, oblizująca palce i emanująca zmysłowością. To tak w
skrócie. I teoretycznie powinno mi się to podobać, a jednak
wyczuwam u niej pewną sztuczność. Dziecięcą egzaltację
dziewczyny z dobrego domu, która wymyśliła sobie, że teraz będzie
gotować. Na szczęscie papier dobrze filtruje tego typu zapędy.
Książka jest matowa, lekko zadymiona. Jakby świat ogladany był
spod półprzymkniętych powiek. I to mi się całkiem podoba. I
jestem w stanie przymknąć oko na egzaltacje pt. wstań rano, urwij
w ogródku trochę ziół, rzodkiewek i pomidorów i przygotuj uczte.
Urok angielskiej klasy wyższej żyjącej w domach z ogrodami jakoś
do mnie nie przemawia. Może dlatego tak się czepiam, że wiem iż
program panny Dahl jest kręcony w studio, a nie w jej kuchni, jak
zapewnia.
Podoba mi się podział
dań na pory roku. W każdej sekcji jest 7 śniadań, lunchy i
kolacji. A na koniec jeszcze garść deserów. Przyjemne, chociaż
rozumiem dlaczego Sophie ma tylu przeciwników, co zwolenników.
Zwłaszcza w Anglii. Nie macie wrażenia, że jak człowiek jest:
modelką, pisarką, publicystką, kucharką i żoną Jamiego Culluma,
to ma trochę za dużo tytułów w życiorysie. Może trzeba by z
czegoś zrezygnować, żeby w innych rzeczach dojść do perfekcji?
Człowiek renesansu to była fajna sprawa... w renesansie. Ja chyba
wolę współczesny świat specjalizacji. A wy?
Ok, o samej książce:
proste przepisy, zdrowo, a przynajmniej mniej kalorycznie niż u
Nigelli. Bardzo podobają mi się pomysły na śniadania, bo z reguły
książki kucharskie traktują je po macoszemu. A tutaj jest ich aż
28. Ładnie. A że niektóre są tak banalne jak bruschetta z
mozzarellą? No cóż, może ktoś nie znał tego połączenia :-)
Generalnie sprawa
wygląda tak: Jamie jest gwiazdą i produkuje inne gwiazdy.
Dosłownie. Jego firma produkuje program telewizyjny Sophie, więc
siłą rzeczy jego rekomendacja jest na okładce. Panna Dahl jest
zaiste apetyczna, śliczna i urocza. A jakby do jej potraw dodać
trochę zadziorności a ją nauczyć szybszego mówienia, byłaby
idealna. (Słowem, powinna wrócić do dawnej imprezującej siebie,
która ponoć miała romans z Mickiem Jaggerem i skandalizowała
nagim ciałem w rozmiarze 42 na reklamach Opium.) A wy kogo wolicie?
Sophie, Jamiego czy Nigellę*?
* Nareszcie doczekałam
się polskiego przedruku „Jak zostać Domową Boginią”-- w
księgarniach na początku listopada!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


