sobota, 26 maja 2012

Anthony Bourdain, burgery i ciastka


Gdybym mogła pojechać tylko w jedno miejsce, pojechałabym do Miasta.  Gdybym mogła porozmawiać tylko z jednym człowiekiem, wybrałabym Jego.  Gdybym mogła zjeść tylko jedną rzecz, zjadłabym To. Tak jest, ostatnie chwile mojego życia chcę spędzić w Nowym Jorku, rozmawiając z Anthonym Bourdain’em (a raczej usiłując wyksztusić z siebie coś poza: I fucking love you) i jedząc cheeseburgera. Najlepiej z Burger Joint albo Shake Shack. Na szczęście nie umieram, więc może uda mi się zrealizować marzenie o rozmowie. W Nowym Jorku byłam, w najlepszych burger jointach też. Ale pojadę jeszcze raz. A zanim to nastąpi, po raz kolejny obejrzę ten odcinek najnowszego programu Bourdaina „The Layover

Shake Shack w NYC, fot. Scott Beale / Laughing Squid
Pomysł jakich wiele, ograny, nudny i w ogóle bleeeeh- jak spędzić 48 godzin w jednym mieście i po wyjeździe mieć wrażenie, że je znasz. Ale, że nie ma lepszego przewodnika po miastach od Anthony’ego, więc nawet ograny pomysł jest cudowny. A w nową kulturę, w miejsce trzeba się wgryźć. Zejść z turystycznego szlaku, schować przewodnik i zgubić się w gąszczu knajpek, lokalnych barów. W Nowym Jorku jest gdzie się gubić. I jest co jeść. Och, jest! 

Wspomniany Shake Shack i Burger Joint. Zasady są proste: kolejka jest na tyle dluga, żeby się w międzyczasie zastanowić, na co masz ochotę. Jak już staniesz przy kasie, to nie ma mowy o zastanawianiu się, marudzeniu i wybieraniu. Nie wiesz co chcesz jeść? Wracaj na koniec kolejki, może cię olśni. A jeśli wiesz, to od razu zamów podwójną porcję. Wbrew pozorom stanie w kolejce jest cholernie energochłonne, więc żeby uzupełnić kalorie i mieć siłę na dalszą wyprawę, zjedz dwa burgery. Do tego shake. Frytki? Niekoniecznie. Tylko niech ci się nie wydaje, że skoro to tylko bar z kanapkami, to możesz wyglądać jak fleja. Wszak jak powiedziała starsza pani siedząca w Katz’s „na miłość boską, my musimy na was patrzeć, więc ubierzcie się przyzwoicie." I jeszcze druga złota zasada Nowojorczyjków: nie wychodź z domu bez bronzera i błyszczyku. Nawet jak idziesz na lunch, nawet jak taszczysz torbę prania, nawet jak wychodzisz po gazetę, umaluj się! Przecież możesz poznać miłość swojego życia! To najbardziej uniwersalna zasada. Bo nieważne czy dom z którego wychodzisz jest w Nowym Jorku czy w Nowej Hucie: podstawowy makijaż to podstawa. O! Wyobraź sobie jak potoczyłaby się historia Królewny Śnieżki, gdyby rzeczona w dniu napatoczenia się na księcia wyglądała jak zombie? A przecież wszyscy chcemy bajkowego zakończenia. Więc pamiętaj: błyszczyk i brązer. 

Możesz ruszać w miasto. Dokąd? Tam gdzie zaprowadzi cię Anthony, oczywiście. Najlepiej do pewnej księgarni. Nie miałam pojęcia o istnieniu tej na Upper East Side! Błąd, wielki błąd. Nadrobię następnym razem.  Jak opowiada Anthony- Kitchen Arts & Letters to sezam dla foodie-czytelników. Najlepsze, najpiękniejsze, najstarsze, najbardziej unikatowe książki kucharskie i o kuchni w ogóle. (Pakując się na wyprawę, nie zawracaj sobie głowy wielką ilością szmat. Potrzebujesz jeden superowy zestaw, wygodne buty, brązer i błyszczyk. W drodze powrotnej pustą przestrzeń zapełnią książki, gadżety elektroniczne i sweterki Michaela Korsa za 19$.)
Potem z gracją przechodzisz do Met, oglądasz wystawę o Pradzie, wsiadasz w METro i wracasz na SoHo. Kulinarną mekkę nowojorczyków. Koszerne deli, unurzane w lukrze cukiernie z cupcakes, malutkie knajpki z 30 rodzajami hot-dogów. Dla każdego coś miłego. 

The High Line fot. Dave Schumaker
Jak już pochłoniesz babeczkę z Georgetown Cupcakes, kupisz koszulkę za milion dolarów u Marca Jacobsa i napatrzysz się na dom Carrie Bradshaw z powrotem pod ziemię. Wysiadasz na roku E14th St/ 8th Ave, przemierzasz dwie przecznice, opierasz się pokusie wejścia do Chelsea Market. Wspinasz się po schodach i TADAM! The High Line czyli park zbudowany na pozostałościach starej nadziemnej kolejki z lat trzydziestych stoi otworem. Gdzieniegdzie zachowały się nawet tory i podkłady. Jest zielono i dość przestrzennie, obłędnie pięknie, z widokiem na Hudson z jednej i Meatpacking District z drugiej strony. Tam to już koniecznie musisz pamiętać o błyszczyku, albo lepiej- hipsterskiej czerwonej szmince i jakimś stylowym łaszku z Opening Ceremony, bo szanse poznania nowojorskiego artysty-kucharza-grafika-projektanta  są bardzo wysokie.

Jeśli jakimś cudem okaże się, że wszyscy
nowojorscy artści-kucharze-graficy-projektanci postanowili spędzić popołudnie w innym miejscu, nie załamuj się. Zawsze możesz wrócić do domu, upiec obłędne ciasteczka z czekoladą a na drugi dzień wybrać się na polowanie na Brooklyn. Podpowiem ci jak zrobić te obłędne ciasteczka. Nie sugeruj się zdjęciem- robione telefonem późnym wieczorem po powrocie z Krakowa pozostawia wiele do życzenia. Ale smak ciastek, chrupiących z zewnątrz i ciągnących w środku, z trzema rodzajami czekolady rekompensuje wszystkie estetyczne niedoskonałości.

Amerykańskie ciasteczka z czekoladą/ Chewy chocolate chip cookies

36 ciastek, przygotowanie: 10 minut, pieczenie: 10 minut


2 1/4 szkl mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
250 g masła
1/2 szkl cukru
1 szkl jasnego cukru muscovado
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
2 duże jajka
3 tabliczki czekolady (białej, mlecznej i gorzkiej lub 300 g groszków czekoladowych)

Potrójnie czekoladowe choc-chip cookies



1. Masło roztop, przestudź i ubij z białym i brązowym cukrem na puszystą masę. 
2. Zmniejsz obroty miksera, dodaj wanilię, sól i jajka. Zmiksuj. 
3. Wymieszaj mąkę i proszek do pieczenia. Dodaj do mokrych składników i miksuj chwilę, tylko do połączenia składników. 
4. Czekoladę posiekaj na małe kawałki i dodaj do ciasta. Powinno być dość gęste.
 5. Porcje ciasta wielkości małej gałki lodów układaj na blaszce wyłożonej pergaminie. Spłaszcz je lekko od góry. Zachowaj duże odstępy- ciastka mocno urosną. Piecz 8-10 minut w 200 st C. (Ciastka będą dochodzić po wyjęciu z piekarnika, więc nie trzymaj ich za długo, bo zrobią się twarde.) Brzegi muszą być wypieczone, środek ścięty. Wyjmij z piekarnika i ostudź na kratce. 
6. Podawaj z mlekiem i uśmiechem umalowanych na czerwono ust, jak współczesna pin-up girl :-)

 A już niedługo mój przewodnik po polskich burger-jointach. Najlepsze, najgorsze, najtańsze. Miłośnicy krwistej wołowiny- wyczekujcie! 


Stay online!

niedziela, 20 maja 2012

Kokosowy ryż z kurczakiem

Darujmy sobie zwyczajowe przeprosiny. Jestem niesystematyczna. I przerasta mnie robienie zdjęć. I jestem leniem, bo przecież mam książkę Helen Dujardin i wystarczyłoby zacząć korzystać z jej rad i byłoby lepiej. Mea culpa, kajam się i jestem zbolała. 

Kolejna reaktywacja bloga, kolejne mocne postanowienie poprawy. Ale zaznaczam- z tymi zdjęciami to będzie kiepsko, więc estetów i miłośników fotografii kulinarnej z góry przepraszam. Gdzie byłam jak mnie nie było? Wszędzie :-) W Wiedniu, w Katowicach, w Poznaniu. W Wiedniu zaznajomiłam się z cudownym piwem Gosser Radler, a raczej piwną lemoniadą (która pod szyldem Warki niedługo wchodzi do Polski). A w Katowicach nareszcie zaznajomiłam się z Natalią z www.zmyslowoprzezswiat.blogspot.com. I przy okazji z kolejnymi piwami, bo Natalia otworzyła w Katowicach wspaniały bar piwny. „Biała Małpa”, bo tak nazywa się przybytek jest spełnieniem marzeń każdego piwosza. Polskie i europejskie trunki, z kija i ze szkła, nie uświadczysz tu ani wspomnianej Warki ani Żywca, ale są wspaniałe ale, stouty, ciemne piwa, jasne piwa. Czego dusza zapragnie. A że próbowałam kilkunastu, to już nie pamiętam, który smakował mi najbardziej. Jak będziecie w Katowicach koniecznie zajrzyjcie w bramę na ul. 3 Maja 38 i koniecznie poddajcie swoje kubki smakowe piwnemu testowi.
A jak wróciłam z Kato, w Warszawie poznałam kolejną blogerkę, z którą wcześniej miałam przyjemność się czytać. Magda z Cakes and The City była na konferencji blogerów organizowanej przez Agorę. Ja też byłam, więc pogadałyśmy chwilę i wymieniłyśmy uwagi co do prelegentów – pani z agencji zajmującej się blogem Chrząstowskiego była straszna, 'prawdziwi' blogerzy zdecydowanie lepsi.
Potem było kilka innych wypraw i wydarzeń. Póki co- czekam na pierwszy tydzień czerwca i upragniony urlop w Kwidzynie. Tak, tak, zamiast na kolejne zagraniczne wojaże jadę do rodziców. Będę chodzić na basen, jeździć z ojcem na rowerze, bawić się z kotami, gadać z mamą i robić wszystko to, na co w Warszawie nie starcza czasu. Na przykład przeczytam wszystkie zaległe książki, a lista jest spora. Większość kulinarna, albo okołokulinarna. A propos kulinariów- kolejny numer „Polska gotuje” będzie w kioskach 30 maja. Ci co mnie lubią, niechaj kupią przez sentyment. Ci, co nie lubią, niechaj kupią, przeczytają i jak znajdą coś co ich wkurza- mogą krytykować w komentarzach, na fejsie, albo fejs tu fejs (dawna forma konfrontacji, oznaczająca spotkanie w świecie rzeczywistym, nie- wypisywanie komentarzy na wallu oponenta) :)
A teraz, na poczekaniu, szybki kokosowy ryż z kurczakiem i czerwoną fasolą. Jako że jutro poniedziałek, musiałam ugotować coś na lunch do pracy. Moja mała szafka-spiżarka jest już bardzo przeciążona postanowiłam nieco ją opróżnić. Mleko kokosowe, szafran, ryż basmati poszły w ruch. Danie jest prawie eintopfem, prawie, bo kurę trzeba oprawić w osobnej patelni. Ale jeśli macie resztki mięsa z rosołu albo inszego pieczonego kurczaka- tadam eintopf a'la Jamajka!




Kokosowy ryż z kurczakiem i czerwoną fasolą

przygotowanie: 35 minut, porcje: 3

1 ząbek czosnku
1 dymka
2 łyżki oliwy z oliwek
mały kawałek imbiru (1 cm)
1 szklanka ryżu basmati
200 ml mleka kokosowego
1 szkl wody
kilka nitek szafranu
1 puszka czerwonej fasoli
1 papryczka chili
kmin rzymski, sól, pieprz do smaku
300 g piersi z kurczaka

  1. Czosnek i dymkę drobniutko posiekaj. W garnku z grubym dnem rozgrzej oliwę. (Dostałam od koleżanki hiszpańską oliwę Carbonell. A w zasadzie dwie- extra vergine i mieszankę oliwy extra vergine i rafinowanej. Ta druga dobrze nadaje się do smażenia. Można ją porządnie rozgrzać- lepiej niż zwykły olej i nie ma tak intensywnego oliwkowego smaku, więc nie gryzie się z egzotycznymi potrawami. Ciekawostka: wiecie, że Hiszpania produkuje najwięcej oliwy z oliwek?) Dobra, koniec dygresji- wracamy do rozgrzanej oliwy. Dodaj do niej dymkę i czosnek, podsmażaj chwilę. Dodaj starty imbir, ryż. Smaż, aż się zeszkli.
  2. Mleko kokosowe wymieszaj z wodą. Dodaj szafran. Chili drobno posiekaj. Czerwoną fasolę opłucz. Do garnka wlej mleko z wodą, dodaj fasolę, chili, dopraw solą i kminem. Zagotuj, następnie zmniejsz ogień na bardzo mały, przemieszaj, przykryj i gotuj ok 25 minut, aż ryż zmięknie.
  3. Kurczaka pokrój w małe kawałki, możesz go dowolnie doprawić, albo tylko natrzeć czosnkiem, posypać solą i pieprzem. Podsmaż na odrobinie oliwy z oliwek. Dodaj do gotującego się ryżu, wymieszaj i podgrzewaj jeszcze chwilę.
  4. Serwuj ze świeżą kolendrą i odrobiną soku z limonki. Albo tylko ze świeżo mielonym pieprzem. 

czwartek, 1 marca 2012

Pieczone drożdżowe róże z malinami

Nie są może najładniejsze, ale za to smaczne.



Stary przepis. Zajadałam się nimi jesienią, tuż po tym, jak w mojej kuchni pojawił się robot kuchenny z hakiem do wyrabiania ciasta. Niezastąpione urządzenie. Nabycie takowego grozi lekkim wzrostem wagi kucharza, bo skoro drożdżowe robi się samo, to czemu nie miałoby się robić i zjadać codziennie? Lojalnie ostrzegam, żeby nie było. Ale od czasu do czasu warto. Drożdżówka to dla mnie takie rodzinne ciasto. Prosty, znany smak, który kojarzy się tylko z dobrymi rzeczami. A jednocześnie na tyle silny, indywidualny że żadna inna drożdżówka poza tą maminą mi nie smakuje. Wychowana na placku i bułeczkach tylko z kruszonką długo nie mogłam się przekonać do wariacji z nadzieniem. Zbyt przypominały kupne, straganowe placki, lepkie od lukru i kapciowatych śliwek. Ale konfitura malinowa to co innego. Żadnego lukru, same owoce. 
Z drożdżowym mam jeszcze jeden problem- szybko czerstwieje. Jak się nie ma gromady głodomorów na podorędziu, człowiek jest skazany na jedzenie czerstwawej drożdżówki następnego dnia. Ale zamiast na gwałt (no pun intended) zachodzić w ciążę, szukać chłopa albo większej ilości współlokatorów, można zrobić coś łatwiejszego. Dzień przed pieczeniem ciasta ugotować średni ziemniak, utłuc go i odstawić do schłodzenia na 12 godzin. A potem dodać do ciasta drożdżowego. Dzięki niemu będzie sprężyste i dłużej pozostanie świeże. Niedowiarki niech się nie krzywią, tylko spróbują. To na serio działa!

Wtedy na tapecie był Berlin i Paryż. Teraz Wiedeń i Maroko.

Drożdżowe róże z malinami
przepis na 12 bułeczek

1 opakowanie drożdży instant/ 40 g świeżych drożdży
1 szkl ciepłego mleka
100 g masła
1 łyżka esencji waniliowej
450 g mąki pszennej
100 g cukru
1 średni ugotowany i utłuczony ziemniak (ok 130 g)
szczypta soli
konfitura malinowa

1. Z drożdży łyżki cukru i odrobiny ciepłego mleka przygotować zaczyn. Po 15 minutach na powierzchni powinny się pojawić bąbelki powietrza. Wówczas zaczyn przelewamy do dzieży miksera. Dodajemy mąkę, sól, cukier, wanilię, ziemniaki i mleko. Miksujemy na niskich obrotach (zamiast haka można użyć mieszadła) i stopniowo dodajemy miękkie masło. Wyrabiamy ok 8 minut, ręcznie- 15, żeby dobrze napowietrzyć ciasto i żeby przestało kleić się do rąk. Odstawiamy w ciepłe miejsce, aż ciasto podwoi objętość (ok 2 godziny).

2. Wyrośnięte ciasto uderzamy pięścią lub wałkiem, żeby usunąć gazy. Dzielimy na 12 kawałków. Każdy z nich rolujemy w długi wałek, łapiemy w połowie i skręcamy oba końce, tak aby powstał zakręcony sznurek. Następnie zwijamy go na kształt kwiatka, od środka do zewnątrz. Uformowane róże odstawiamy do wyrośnięcia na pół godziny.

3. Piekarnik rozgrzewamy do 200 st C. Każdą bułeczkę smarujemy rozbełtanym jajkiem. Na środku każdej nakładamy łyżeczkę konfitury. Pieczemy 15-20 minut, aż róże będą rumiane. 

4. DLA LENIWCÓW Zamiast skręcać drożdżowe kwiatki można zaoszczędzić czas i zrobić zwykłe okrągłe bułeczki z nadzieniem. Będą równie smaczne.

wtorek, 28 lutego 2012

Sznycle z sosem śliwkowym i puree z selera

Do roladek koniecznie podawaj sos sojowy. Dużo sosu sojowego :-)


Radośnie odkrywam kolejnych zdolnych polskich kucharzy. Fajnych, skromnych i godnych promowania. Na jednej z konferencji prasowych poznałam Krystiana Zalejskiego. Ci co mają telewizję, mogą go znać z TVN Warszawa, a teraz z Kawy czy Herbaty. Pojawia się tam czasem i coś upichci. A na wspomnianej konferencji gotowali dziennikarze, pod okiem Krystiana i z jego przepisów. I wówczas zjadłam najpyszniejszą rzecz na świecie. Tak prostą, że musi być niebiańska. I w zasadzie całkiem zdrową. Puree z selera. Absolutna bajka! A dla fanów puree ziemniaczanego bajka do kwadratu! A do tego roladki wieprzowe nadziewane śliwkowym sosem. Egzotyczne połączenie dobre gdy chcecie na kimś zrobić wrażenie. I nie ma się co obawiać, że nie wyjdzie. Wyjdzie na pewno. Jedyne czego potrzeba to garnka do gotowania na parze albo metalowego sitka i zwykłego garnka, bo roladki są robione na parze. No i świeże śliwki. Z tym może być trudniej, ale jak poszukacie to znajdziecie. 

Roladki wieprzowe
2 porcje

5 śliwek
1 łyżka oliwy
mały kawałek imbiru, starty
1 goździk
1 łyżka brązowego cukru
1 łyżka octu ryżowego
300 g wieprzowiny (najlepiej sznycel albo schab)
świeża kolendra
1 dymka
sos sojowy
sól i pieprz

1. Śliwki przekrój na pół, usuń pestki. Pokrój w niewielką kostkę. Na patelni rozgrzej oliwę i chwilę smaż na niej imbir i goździk. Dodaj śliwki, cukier i trochę wody. Duś pod przykryciem ok 15 minut. Owoce muszą zupełnie zmięknąć. Na koniec dodaj ocet ryżowy. Odstaw do schłodzenia.
2. Wieprzowinę pokrój w cienkie plastry (5 mm). Delikatnie rozbij na cieniutkie kotlety. Każdy posyp solą i pieprzem, posmaruj sosem śliwkowym i posyp posiekaną kolendrą. Zawiń ruloniki i zepnij wykałaczką. Roladki ułóż we wkładce do gotowania na parze. Jeśli takowej nie masz, stalowy durszlak wyłóż folią aluminiową i włóż do niego roladki. Gotuj na parze 10 minut. Mięso powinno być ugotowane, ale nie twarde, wiec nie gotuj zbyt długo.
3. Podawaj z sosem sojowym i posiekaną dymką. 

Puree z selera
2 porcje

300 g selera
50 g masła
2-3 łyżki śmietany 36%
gałka muszkatołowa
sól

1. Seler obierz i pokrój w kostkę. Ugotuj do miękkości w osolonej wodzie. Odcedź i odparuj. Następnie wyłóż na czystą ściereczkę kuchenną i dobrze odsącz wodę. Przełóż z powrotem do garnka.
2.  Do selera dodaj sól, gałkę muszkatołową, śmietaną i masło. Zmiksuj blenderem na gładkie i puszyste puree. Podawaj ciepłe jako dodatek do wyrazistych mięs.

niedziela, 26 lutego 2012

Pyszna tarta cytrynowa.

Orzeźwiająca tarta cytrynowa.
 

Co ja się narobiłam z tą tartą cytrynową, to szkoda gadać. Wszystko zaczęło się od książki Billa Grangera "Najlepsze dania Billa". Znalazłam w niej przepis na tartę cytrynową, bez kruchego spodu. Sama cytrynowa masa. Oczywiście zamiast przeczytać przepis ze zrozumieniem od razu zabrałam się za robotę, zwłaszcza, że na piątek obiecałam Ani z pracy ciasto. No i co? Robiłam dwa razy. Dwa razy zamiast puszystego ciasta jak ze zdjęcia, z piekarnika wyjęłam grubaśny, tłusty naleśnik. Nie dziwota. Bo przepis wymagał 125 g masła, 300 ml kremówki i zaledwie 75 g mąki. Zakalec murowany. Ale ja nie z tych, co się poddają. Wręcz przeciwnie, jak mi coś nie idzie w kuchni, będę próbować do skutku. Poszperałam w internecie (btw wyszukiwarka przepisów na durszlak.pl jest genialna!!!), porównałam przepisy, wybrałam ten z mojewypieki.blox.pl. Troszkę go zmieniłam- tu bez jajka, tam więcej cytryny i do dzieła! Wyszło tak jak lubię. Słodko-kwaśno, megamocno cytrynowo. Teraz przydałoby się tylko lato i hamak. Byłabym perfekcyjnie szczęśliwa. No i gdyby jeszcze na tym hamaku obok mnie był Tom Hardy. Moje zauroczenie nim zaczyna przybierać rozmiary obsesji. A wszystko przez jeden film. Powstrzymuję się jak mogę, żeby nie walnąć tutaj 3000-znakowej laurki na cześć Toma. Dość powiedzieć, że ma taki głos jak lubię, mnóstwo tatuaży i ciało, którego zdecydowanie nie powinno się zakrywać ubraniami. Ma też syna, dziewczynę i nagrodę BAFTA. Więcej nie napiszę. Obejrzyjcie film i dajcie znać co o nim myślicie. A teraz tarta:



forma 24 cm

spód
200 g mąki krupczatki
2 łyżki cukru pudru
115 g masła pokrojonego w kostkę
3 łyżki lodowatej wody

masa cytrynowa
5 jajek
120 g cukru
2 łyżki mąki ziemniaczanej
200 ml kremówki
200 ml soku z cytryny
skórka otarta z 3 cytryn

1.  Zaczynamy od kruchego spodu. Ponieważ lubię ułatwiać sobie życie do przygotowania ciasta użyłam blendera. Jestem zakochana w nowym blenderze Philips, z dużym malakserem (food processor, nigdy nie wiem jak to przetłumaczyć na polski). Ma mocny silnik, więc nie straszne mu robienie ciasta czy przygotowanie tony guacamole. Do malaksera wrzuciłam zimne masło. Chwilę posiekałam. Dodałam pozostałe składniki i siekałam malakserem, aż całość połączyła się w kulę ciasta. W wersji ręcznej: najpierw siekam masło, dodaję mąkę z cukrem. Chwile zagniatam. Dodaję wodę. Potem bez względu na metodę przygotowania kulę ciasta zawijam w folię i do lodówki na pół godziny. 

2. Piekarnik rozgrzewam do 180 st C. Ciasto rozwałkowuję na placek o grubości ok 1 cm. Przekładam je na formę do tarty. Nakłuwam widelcem. Przykrywam pergaminem, na wierzch wysypuję fasolę. Piekę 15 minut, na obu grzałkach. Potem zdejmuję papier i piekę jeszcze 5 minut, najlepiej na funkcji opiekania- wówczas ciasto z wierzchu będzie lepiej wypieczone i nie rozmięknie, gdy wylejemy na nie masę cytrynową.

3. Mikserem albo trzepaczką ubijam jajka, dodaję cukier. Ubijam chwilę. Następnie dodaję kremówkę. Ubijam 2 minuty. Na koniec dodaję sok z cytryny, skórkę i mąkę. Ubijam tylko do połączenia składników. Masa będzie bardzo rzadka. Wylewam ją na podpieczony spód. Ciasto piekę 30 minut w 160 st C. Jeśli wierzch za mocno zbrązowieje, przykrywam folią aluminiową. Odstawiam do ostygnięcia w chłodne miejsce. Raczej nie polecam trzymania w lodówce, bo kruchy spód robi się miękki. Przed podaniem można oprószyć cukrem pudrem.